ul. Kopernika 17

82-100 Nowy Dwór Gdański

Helga Dyck

Helga Dyck

 

Jak dziecko widzi wojnę?

Jak mam to Panu dzisiaj opisać? Powiedziałabym, że to była przygoda. Nie było się świadomym tego, co się dzieje. Myślało się: wszystko minie jak zły sen i będzie znowu tak, jak było. Ale tak się nie stało. O polityce nie mówiło się wtedy tak otwarcie jak dzisiaj. Poza tym miałam wtedy 12, 13 lat i niewiele informacji do mnie docierało. Rodzice nie rozmawiali o tych sprawach w naszej obecności. Dlaczego? Tak po prostu było. To były inne czasy. Nie odważylibyśmy się pytać rodziców: Dlaczego tak jest? Dlaczego musimy stąd wyjechać? To były rzeczy, o których się nie dyskutowało. Rodzice żyli trochę swoim życiem, a dzieci swoim. Jednak jeśli chodzi o stosunki rodzinne, to wszystko było w porządku i nie ma chyba takiej rzeczy, co do której można by powiedzieć, że mogłoby być lepiej. Czuliśmy się bardzo związani z naszymi rodzicami i to było piękne. Byliśmy beztroscy, jak to dzieci i rozkoszowaliśmy się tym. Rodzice podarowali nam piękne dzieciństwo, „podarowali” nie jest tu właściwym słowem, ale byliśmy im bardzo wdzięczni, że wolno nam było przeżyć z nimi ten czas.

Jakie zewnętrzne przejawy wojny zostały Pani w pamięci? Mam na myśli np. żołnierskie mundury, jeńców wojennych, racje żywnościowe. Co zarejestrowała Pani jako dziecko?

Mieliśmy gospodarstwo. Pracowało u nas dwóch rosyjskich jeńców wojennych. To byli dwaj mężczyźni – jeden był młodszy, drugi starszy. Wolno im było swobodnie poruszać się w gospodarstwie i czasami nawet bawili się z nami. Kiedy ludzie zaczęli się szykować do ucieczki, młodszy musiał pojechać konnym wozem do wsi i zabrać ludzi. Co się z nimi potem stało, nie wiem.

Jak wyglądała ucieczka?

Strasznie. Ojciec był w Volkssturmie, a mój brat na obozie przysposobienia obronnego na Lilau (?), więc zostałam z mamą sama. 24 stycznia wszyscy musieli się stawić we wsi. Były to praktycznie tylko kobiety i dzieci. We wsi, tzn. w Nowej Kościelnicy, panował chaos. Przejeżdżało wojsko i każdy wóz uciekinierów musiał się zatrzymać i nie można było w ogóle dostać się do głównej drogi. Kobiety zdecydowały się więc zawrócić i pojechać z powrotem do domu. My też tak zrobiłyśmy. Niedługo potem wrócił ojciec i powiedział, że nie możemy tu zostać, że niedługo będą tu Rosjanie. Jeszcze tylko jedną noc spędziliśmy w domu, a następnego dnia wcześnie rano, położyliśmy na sanie kilka rzeczy i poszliśmy na piechotę do Gembels (?). Tam mieszkała przybrana siostra mojej mamy. Myśleliśmy, że jeśli przekroczymy Wisłę, to będziemy bezpieczni. Tacy byliśmy naiwni. Jako dzieci wierzyliśmy w to. Nigdy nie dowiedziałam się, co myśleli wtedy moi rodzice. Oboje umarli stosunkowo wcześnie. Moja mama miała dopiero 58 lat. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co moi rodzice wtedy odczuwali. Przecież musieli wszystko zostawić: krowy, inne zwierzęta. To musiało być dla nich straszne. jako dziecko szybciej można się z tego otrząsnąć.

Pojechaliście za Wisłę?

Tak, i zostaliśmy u mojej cioci. Tato wrócił na pieszo do Nowej Kościelnicy i z innymi gospodarzami spędzili razem krowy i doili je jeszcze do marca. W marcu rosyjscy lotnicy i spalili wszystkie stodoły w okolicy. Mężczyźni zdecydowali, że nie można tutaj dłużej zostać i zabrali nas tzn. moją mamę, mnie i moją ciocię i jej córkę konnym wozem do Gdańska. W Gdańsku zatrzymaliśmy się u naszej znajomej. Jej syn załatwił nam 4 bilety na statek. Statkiem szpitalnym „Obena” popłynęliśmy do Danii i zostaliśmy tam do czerwca 1948. Ciocia wyjechała z Danii szybciej, ponieważ jej mąż był w Volksturmie w Holsztynie (to była wtedy angielska strefa okupacyjna) i dostał pozwolenie na sprowadzenie do siebie reszty rodziny. My wróciliśmy do Niemiec dopiero w 1948 roku. Pojechaliśmy do Palatynatu i zostaliśmy tam przyjęci przez Mennonitów. Potem moi rodzice przeprowadzili się do Badberg – Zabern (?). Tam poznałam mojego męża (jego siostrę znałam już wcześniej, bo chodziłyśmy razem do szkoły). Pobraliśmy się i z racji jego zawodu przeprowadziliśmy się do Badeni – Wirtembergii.

Wspomniała Pani, że jesteście Mennonitami. Czy pamięta Pani jakieś przejawy mennonickiej obyczajowości? Mogłaby Pani opowiedzieć o życiu Mennonitów, o scenkach z życia mennonickiego kościoła?

Mieliśmy nasz kościół w Żuławkach. Pamiętam chrzciny mojego brata. Dniem chrztów w naszym kościele była Niedziela Palmowa. U Mennonitów zostaje się ochrzczonym w wieku 15, 16 lat. I tę ceremonię jeszcze pamiętam. Nic innego nie zostało mi w pamięci. Rodzice często jeździli do kościoła, ale nie zawsze nas zabierali. Pamiętam tylko, że rodzice śpiewali w chórze kościelnym i że sprawiało im to dużo radości.

Jak często jeździła Pani do kościoła?

Nie pamiętam. Tego nie umiem Panu powiedzieć.

Kiedy została Pani ochrzczona?

W Danii, razem z moją kuzynką (z tą którą razem uciekaliśmy) i z jej bratem.

Wspomniała Pani, że czasami bawiliście się jako dzieci z rosyjskimi jeńcami, którzy u was pracowali. Może nam Pani o tym opowiedzieć?

Niestety, nie mogę Panu tego powiedzieć. Mógłby Pan wyłączyć kamerę?

Nie może Pani o tym opowiedzieć?

Panu mogę, ale nie publicznie, nie przed kamerą.

Chcielibyśmy mieć Pani opowieść w naszej książce. Jest na pewno bardzo ciekawa.

Ale ta historia nie dotyczy tylko mojej osoby. Są też inni jej uczestnicy.

Pracuję jako dziennikarz od 5 lat i w tym czasie przeprowadziłem wiele rozmów z wieloma osobami na różne tematy i zakładam, że to, co ma Pani do powiedzenia nie jest nieprzyzwoite. Kto zbiera wspomnienia, słyszy różne rzeczy. Obiecuję, że nie przedstawimy Pani opowieści w sposób grubiański.

Dobrze. Ci Rosjanie pokazywali mi i mojemu bratu, że kiedy puści się bąka i w tym samym momencie zapali się zapałkę (ale to musi się stać dokładnie w tym momencie, kiedy puszcza się bąka) powstaje duży długi płomień. Strasznie nam się to podobało i do dzisiaj to pamiętam.

Kto puszczał bąka, a kto zapalał zapałkę? Jaki był podział ról?

Jeden Rosjanin puszczał bąka, drugi zapalał zapałkę, a my patrzyliśmy. Mój brat sam potem próbował to zrobić.

Zapalał zapałkę, czy puszczał bąka?

Puszczał bąka.

Dziękuję Pani za rozmowę